niedziela, 28 lutego 2016

Jak wyglądała moja przygoda z szamponami w kostkach?


 Podczas poszukiwania szamponu idealnego natrafiłam na kilka perełek, ale zazwyczaj moja ekscytacja kolejnymi produktami znikała po pierwszych kilku myciach. W przypadku tych kilku szamponów zazwyczaj efekty przestawały być widoczne po kilku miesiącach. Wciąż szukałam czegoś, co ukoi skórę głowy, nie spowoduje zwiększonego wypadania i będzie domywało oleje. Po mojej przygodzie z szamponami firmy Alaffia postanowiłam skończyć z tym raz na zawsze.

 Pomysł podrzuciła mi niezastąpiona Lax nax, to dzięki niej zainteresowałam się ''naturalnym'' myciem włosów. O mojej przygodzie z mąką pisałam TUTAJ, a post o myciu włosów jajkiem jest wciąż w przygotowaniu (po prostu nie wiem co mam napisać, jajek używam od wakacji a za każdym razem efekt jest inny). Dlatego szukając złotego środka postanowiłam poszerzyć horyzonty.

 Ale może zacznijmy od podstaw, czyli co to właściwie jest No Poo i dlaczego warto tego spróbować?

  Skrót ''No Poo'' pochodzi od angielskiego wyrażenia ''no shampoo'' czyli szamponom mówimy nie. Każda z nas ma w domu szampon, ale czy wszystkie wiemy co tak naprawdę znajduje się w kolorowych, plastikowych butelkach?  Detergenty. Najczęściej są one za mocne, przez co nasza skóra głowy reaguje podrażnieniem a włosy przesuszeniem. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ dzisiejsze szampony usuwają całe sebum, którego nasz skalp tak bardzo potrzebuje. Bez sebum włosy nie mają warunków do prawidłowego wzrostu, stają się często matowe i przesuszone. Dlatego nakładamy na nie odżywki, które jednak nigdy nie zastąpią sebum. W metodzie tej chodzi o powrót do naturalnych, pozbawionych zbędnej chemii sposobów na czyste włosy. Przecież pierwszy szampon powstał dopiero w 1904 roku, wcześniej kobiety i mężczyźni musieli sobie jakoś radzić.

 Oczywiście oprócz detergentów w szamponach znajdują się też inne substancje chemiczne. Dla większości ludzi nie ma znaczenia czym myją głowę dopóki nie pojawiają się problemy. Jak większość z was wie istnieją delikatne szampony, takie jak sławny Babydream czy Hipp, ale coś w nich musi się pienić i rozpuszczać nasz naturalny łój.

Dlaczego więc warto przejść na No Poo?
 Pozbycie się szamponów ma wiele zalet:

  • Ograniczam kontakt skóry z chemikaliami- chyba żadna z nas nie umyłaby włosów niemowlaka komercyjnym szamponem, dlaczego więc myjemy nim swoje?
  • Usuwamy z włosów nabudowane substancje- czyli mamy okazje zobaczyć w jakim stanie naprawdę są nasze włosy.
  • Zmniejszamy zużycie plastiku
  • Przyczyniamy się do lepszego traktowania zwierząt- czy kiedykolwiek ktoś testował w laboratorium myło/sodę? Ograniczając dochody firmą które swoje produkty (lub używane w kosmetykach półprodukty) testują na zwierzętach możemy w przyszłości całkowicie zlikwidować ten problem, bo kto będzie produkował coś co jest nieopłacalne? 
  • Ograniczamy zanieczyszczenie wody 
  • Oszczędzamy pieniądze- statystyczny szampon z drogerii kosztuje około 12 złotych. Bywają droższe i tańsze, ale płacimy głównie za substancje chemiczne. Do tego musimy kupić odżywkę. Później producent wypuszcza maskę, ampułki, mgiełki, sera itp. a my, przekonane że kolejny produkt rozwiąże nasze problemy dajemy się złapać w to błędne koło. Natomiast kostka mydła do włosów kosztuje ok. 13 zł, ale w tym przypadku płacimy z spienione oleje, napary i dodatki ziołowe, a więc składniki naturalne. (Musicie koniecznie czytać składy szamponów w kostkach, jest kilku producentów którzy również w nich przemycają składniki chemiczne).

 No dobrze, skoro nie szamponem to czym?
 Istnieje wiele metod mycia włosów bez użycia szamponów:


  • Water Only- czyli mycie włosów samą wodą. Metoda polegająca na opłukiwaniu włosów wodą przy jednoczesnym masowaniu skalpu. Ciepła (ale nie gorąca) woda w połączeniu z masażem rozprowadza sebum na całej długości włosów, więc odżywka również jest zbędna. Trochę kontrowersyjna i zdecydowanie dla wytrwałych, na efekty często trzeba poczekać nawet kilka miesięcy.
  • Soda i ocet jabłkowy- czyli chyba najbardziej popularna metoda mycia włosów. Polega na ''myciu'' włosów roztworem wody i sody oczyszczonej. Soda jako zasada zmywa z włosów brud, tłuszcz, silikony, SLS'y i SLES'y, czyli wszystko czego chcemy się pozbyć, ponieważ rozchyla łuski włosów. Sodę należy następnie zneutralizować kwaśną płukanką, czyli np. octem jabłkowym lub sokiem z cytryny. 
  • Zioła i rośliny- wszelkiego rodzaju napary z orzechów piorących, mydelnicy lub wielu innych ziół, najczęściej jednak indyjskich.
  • Miód- włosy doskonale oczyści miód, łyżkę wody należy zmieszać z 200 ml ciepłej wody i dobrze wymieszać. Nałożyć, pomasować, poczekać 10-30 min i spłukać.
  • Odżywki- nie jest to tradycyjna metoda, ale niezwykle pomocna w okresie przejściowym. Ważne żeby czytać składy odżywek i wybierać te najbardziej naturalne. 
  • Mydła- oczywiście chodzi o specjalnie produkowane w celu mycia włosów tzw. szampony w kostkach. Ważne jest kupowanie ich z pewnych źródeł. 
  • Jajka- Tutaj odsyłam was na blog Lax nax, uznałam że wszystko co należy wiedzieć, ona już dawno spisała. Mam nadzieję że się nie obrazi :) 


Jak to było u mnie?

Zafascynowana mydłami zamówiłam dwie kostki z Lawendowej Farmy. Włosy były czyste, ale w międzyczasie odkryłam Chagrin Valley. Po tygodniu miałam już w domu kilka kolejnych kostek z tej amerykańskiej firmy (choć może bardziej pasuje tu słowo ''manufaktury'' ponieważ każda kostka jest robiona ręcznie...). Włosy wyglądały koszmarnie, ale etapu przejściowego ominąć się nie da. Jednak skóra głowy przez trzy kolejne tygodnie była zadowolona. Nic nie swędzi i nie wypada :) Po kolejnym tygodniu (czyli 4 tydzień bez szamponu) włosy na długości zaczęły pozbywać się dziwnego osadu i całość prezentowała się naprawdę dobrze. W międzyczasie chciałam coś zmienić i wybrałam się na koloryzacje do fryzjera. Gorszej wizyty w całym swoim życiu nie przeżyłam, ale o tyk kiedy indziej. Włosy po rozjaśnieniu potrzebowały jednak konkretnej odżywki i maski, przynajmniej raz w tygodniu. Jak jeszcze z odżywkami mydło współpracowało dobrze, to z maskami już tak kolorowo nie było. Włosy znów były posklejane i dziwnie oblepione. Ciężko było takie włosy rozczesać i jakoś sensownie ułożyć, ale ostatecznie z mydła zrezygnowałam ponieważ skóra głowy zaczęła marudzić.
 Po pierwsze włosy zaczęły wypadać,nie jakoś tragicznie ale regularnie w ilościach coraz większych. Następnie skalp zrobił się wrażliwy i taki ''tkliwy''. W piątym tygodniu bez szamponu na skórze głowy zaczęły się pojawiać bolące. podskórne gule. Nie pomagało mycie sodą, ocet ani peeling. Zamówiłam więc delikatny szampon (który na razie, odpukać, sprawuje się idealnie) i wszystkie dolegliwości zniknęły po jednym myciu. Oczywiście gule które rozdrapałam wciąż się goją, ale innych dolegliwości nie odnotowałam.
 Obecnie myję głowę szamponem. Jednak eksperyment z mydłem pozwolił mi na wydłużenie czasu między myciami. Obecnie szampony używam co 3/4 dzień. W inne dni stosuję WO lub szampon z mąki, jeśli chcę wyglądać jakbym włosy umyła :)

 Słowem podsumowania, mydła są wspaniałą ideą, jednak sprawdziły się u mnie średnio. Mam w planach jeszcze jedno podejście, za kilka miesięcy. Może poszerzając swoją wiedzę na temat mydeł uda mi się przejść na takie mycie.


piątek, 8 stycznia 2016

Recenzja szamponów z iHerb.com :Tragedia w dwóch buteleczkach.

 Długo w tym moim gnieździe nic się nie działo. Od wakacji do początku grudnia używałam wyłącznie produktów firmy alaffia. Teraz, kiedy większość kosmetyków sięga już dna mogę się o nich wypowiedzieć z czystym sumieniem. Na pierwszy ogień pójdą dwa szampony, używałam ich naprzemiennie.
  Ponieważ nie za bardzo różniły się działaniem opiszę je w jednym poście, przetestowałam dwie wersje:
-Lawenda kokos http://pl.iherb.com/Alaffia-Coconut-Shea-Hydrating-Shampoo-Lavender-Coconut-8-fl-oz-235-ml/29742

-Rozmaryn (neem) http://pl.iherb.com/Alaffia-Neem-Shea-Recovery-Shampoo-Rosemary-Tea-Tree-8-fl-oz-235-ml/29741

Na początku byłam nimi zachwycona. Latem, zwłaszcza pod koniec wakacji moje włosy zrobiły się nieco suche, ale skalp wciąż wymagał codziennego mycia. Wtedy owe szampony był istnym wybawieniem. Skalp się uspokoił a włosy zostały nawilżone, choć wciąż musiałam myć je codziennie. Na przełomie października i listopada sytuacja drastycznie się pogorszyła. Skóra głowy przetłuszczała się po 3-4 godzinach od mycia, świąd nie pozwalał mi się wyspać a łupież stał się zmorą ulubionego (czarnego) swetra... Chyba nie muszę wspominać że oczywiście zaczęły wypadać jak szalone.

 Na początku myślałam że winą powinnam obarczyć swoje hormony. Badania jednak wykazały, że wszystko jest z nimi w jak najlepszym porządku. Odpukać, ale od kilkunastu miesięcy wyniki się nie zmieniają, TSH i cały zestaw związany z chorobą Hashimoto mam więc pod kontrolą.
Skoro nie hormony to co?

Regularnie piję skrzyp i pokrzywę, jem odpowiednie witaminy i zdrowo się odżywiam. Dbam o nawodnienie organizmu oraz odpowiednią  higienę szczotek,olei i kosmetyków. Zmartwiona pogarszającym się stanem mojej skóry głowy wyjechałam na weekend za granicę. Przez przypadek ( los mi sprzyjał ) nie zabrałam kosmetyczki z szamponem,odżywką i mydłem aleppo. Gdy dotarliśmy na miejsce było już późno, nie chciałam się rozpakowywać więc brak kosmetyczki zauważyłam rano. Całe szczęście moją szczoteczkę do zębów i mini aleppo wozi w swojej kosmetyczce mój narzeczony, więc przynajmniej to miałam przy sobie :)

 Rano musiałam wziąć prysznic, ale ponieważ nie miałam octu a mycie głowy mydłem bez kwaśniej płukanki nie jest dobrym pomysłem, tylko wyczesałam włosy szczotką z włosiem dzika i porządnie przepłukałam je wodą, jednocześnie masując skalp. Włosy wyglądały średnio, ale skalp był ukojony. Nie twierdzę że wszystko wróciło do normy, ale świąd stał się znośny.

Bałam się jednak niemycia włosów przez dłuższy okres czasu, a w miejscowej drogerii były tylko szampony napakowane substancjami pod tytułem SLS. Takie szampony nie są złe, ale mi nie służą.
Rozczarowana kupiłam ocet jabłkowy w małym sklepiku ze zdrową żywnością i poczłapałam do wynajmowanego domku ze spuszczoną głową. Po drodze natknęliśmy się na targ, zupełnie inny niż te które widywałam w Polsce. Tam każdy stragan prowadzi jedna kobieta, a towary które sprzedawały były w większości ręcznie wykonane. Mama kupiła twardą marmoladę i dużo miodu, ja z kolei zatrzymałam się na dłużej przy stoisku z mydłem. Nikt z nas dobrze węgierskiego nie zna, ale kobieta prowadząca mydlane stoisko trochę mówiła po polsku. Dowiedziałam się tylko że mydło robi sama z oliwy, oleju kokosowego i rycynowego. Zakupiłam kostkę i to był błąd. Powinnam od razu kupić z dziesięć. Ominę kwestię cudownej kostki bo nie o tym post ma być. Wystarczy jeśli napiszę że po odstawieniu szamponów tylko na 3 dni objawy zaczęły zanikać.          

 Niestety wciąż nie wypadłam na pomysł że to szampon może mi szkodzić, przecież ma taki piękny skład! Namiętnie myłam włosy codziennie i drapałam się po głowie (dosłownie).

 W końcu (czytaj pod koniec listopada) mojej mamie skończył się szampon, a musiała szybko umyć włosy. Użyła więc któregoś z szamponów (sama nie wie którego, jak widzi słowo szampon to reszta jej nie interesuje) i wszystko stało się jasne. Gdy tylko powiedziała mi że coś ją swędzi wiedziałam że to nie może być przypadek.

 Poczytałam i o tym, co się z tego wykluło dowiecie się wkrótce.
 Cóż, skoro dotarłyście aż tutaj wiecie już, że szampony nie podbiły mojego serca. Dobre zmywały oleje, pieniły się na piątkę ale były dla mnie za ciężkie i zdecydowanie zbyt mocne. Trudno mi to opisać, ale miałam wrażenie że są tak mocne jak zwykły szampon z drogerii, a przecież nie o to w delikatnych szamponach chodzi. Potrafiły niestety obciążyć włosy i skracały czas między myciami. Miałam wrażenie, że oblepiają skalp. Każda z nas zna to uczucie, gdy skóra głowy błaga o peeling. 

Zdecydowanie nie był to udany zakup, ale brałam taką możliwość pod uwagę. Szampony są dedykowane włosom kręconym i suchym, więc przypuszczam że zrobiłam sobie krzywdę na własne życzenie. Ciekawa jestem jak poradziłyby sobie na włosach kręconych, ale obecnie wszystkie potencjalne testerki są zajęte. Nie wiem co zrobić z resztą szamponów, bo akurat pod względem wydajności są nie do pokonania.

Bardzo się zawiodłam na swoim zmyśle kosmetycznym. Skład jednak nie gwarantuje sukcesu, czasem trzeba posłuchać producenta :)