Długo w tym moim gnieździe nic się nie działo. Od wakacji do początku grudnia używałam wyłącznie produktów firmy alaffia. Teraz, kiedy większość kosmetyków sięga już dna mogę się o nich wypowiedzieć z czystym sumieniem. Na pierwszy ogień pójdą dwa szampony, używałam ich naprzemiennie.
Ponieważ nie za bardzo różniły się działaniem opiszę je w jednym poście, przetestowałam dwie wersje:
-Lawenda kokos http://pl.iherb.com/Alaffia-Coconut-Shea-Hydrating-Shampoo-Lavender-Coconut-8-fl-oz-235-ml/29742
-Rozmaryn (neem) http://pl.iherb.com/Alaffia-Neem-Shea-Recovery-Shampoo-Rosemary-Tea-Tree-8-fl-oz-235-ml/29741
Ponieważ nie za bardzo różniły się działaniem opiszę je w jednym poście, przetestowałam dwie wersje:
-Lawenda kokos http://pl.iherb.com/Alaffia-Coconut-Shea-Hydrating-Shampoo-Lavender-Coconut-8-fl-oz-235-ml/29742
-Rozmaryn (neem) http://pl.iherb.com/Alaffia-Neem-Shea-Recovery-Shampoo-Rosemary-Tea-Tree-8-fl-oz-235-ml/29741
Na początku byłam nimi zachwycona. Latem, zwłaszcza pod koniec wakacji moje włosy zrobiły się nieco suche, ale skalp wciąż wymagał codziennego mycia. Wtedy owe szampony był istnym wybawieniem. Skalp się uspokoił a włosy zostały nawilżone, choć wciąż musiałam myć je codziennie. Na przełomie października i listopada sytuacja drastycznie się pogorszyła. Skóra głowy przetłuszczała się po 3-4 godzinach od mycia, świąd nie pozwalał mi się wyspać a łupież stał się zmorą ulubionego (czarnego) swetra... Chyba nie muszę wspominać że oczywiście zaczęły wypadać jak szalone.
Na początku myślałam że winą powinnam obarczyć swoje hormony. Badania jednak wykazały, że wszystko jest z nimi w jak najlepszym porządku. Odpukać, ale od kilkunastu miesięcy wyniki się nie zmieniają, TSH i cały zestaw związany z chorobą Hashimoto mam więc pod kontrolą.
Skoro nie hormony to co?
Skoro nie hormony to co?
Regularnie piję skrzyp i pokrzywę, jem odpowiednie witaminy i zdrowo się odżywiam. Dbam o nawodnienie organizmu oraz odpowiednią higienę szczotek,olei i kosmetyków. Zmartwiona pogarszającym się stanem mojej skóry głowy wyjechałam na weekend za granicę. Przez przypadek ( los mi sprzyjał ) nie zabrałam kosmetyczki z szamponem,odżywką i mydłem aleppo. Gdy dotarliśmy na miejsce było już późno, nie chciałam się rozpakowywać więc brak kosmetyczki zauważyłam rano. Całe szczęście moją szczoteczkę do zębów i mini aleppo wozi w swojej kosmetyczce mój narzeczony, więc przynajmniej to miałam przy sobie :)
Rano musiałam wziąć prysznic, ale ponieważ nie miałam octu a mycie głowy mydłem bez kwaśniej płukanki nie jest dobrym pomysłem, tylko wyczesałam włosy szczotką z włosiem dzika i porządnie przepłukałam je wodą, jednocześnie masując skalp. Włosy wyglądały średnio, ale skalp był ukojony. Nie twierdzę że wszystko wróciło do normy, ale świąd stał się znośny.
Bałam się jednak niemycia włosów przez dłuższy okres czasu, a w miejscowej drogerii były tylko szampony napakowane substancjami pod tytułem SLS. Takie szampony nie są złe, ale mi nie służą.Rozczarowana kupiłam ocet jabłkowy w małym sklepiku ze zdrową żywnością i poczłapałam do wynajmowanego domku ze spuszczoną głową. Po drodze natknęliśmy się na targ, zupełnie inny niż te które widywałam w Polsce. Tam każdy stragan prowadzi jedna kobieta, a towary które sprzedawały były w większości ręcznie wykonane. Mama kupiła twardą marmoladę i dużo miodu, ja z kolei zatrzymałam się na dłużej przy stoisku z mydłem. Nikt z nas dobrze węgierskiego nie zna, ale kobieta prowadząca mydlane stoisko trochę mówiła po polsku. Dowiedziałam się tylko że mydło robi sama z oliwy, oleju kokosowego i rycynowego. Zakupiłam kostkę i to był błąd. Powinnam od razu kupić z dziesięć. Ominę kwestię cudownej kostki bo nie o tym post ma być. Wystarczy jeśli napiszę że po odstawieniu szamponów tylko na 3 dni objawy zaczęły zanikać.
Niestety wciąż nie wypadłam na pomysł że to szampon może mi szkodzić, przecież ma taki piękny skład! Namiętnie myłam włosy codziennie i drapałam się po głowie (dosłownie).
W końcu (czytaj pod koniec listopada) mojej mamie skończył się szampon, a musiała szybko umyć włosy. Użyła więc któregoś z szamponów (sama nie wie którego, jak widzi słowo szampon to reszta jej nie interesuje) i wszystko stało się jasne. Gdy tylko powiedziała mi że coś ją swędzi wiedziałam że to nie może być przypadek.
Poczytałam i o tym, co się z tego wykluło dowiecie się wkrótce.
Cóż, skoro dotarłyście aż tutaj wiecie już, że szampony nie podbiły mojego serca. Dobre zmywały oleje, pieniły się na piątkę ale były dla mnie za ciężkie i zdecydowanie zbyt mocne. Trudno mi to opisać, ale miałam wrażenie że są tak mocne jak zwykły szampon z drogerii, a przecież nie o to w delikatnych szamponach chodzi. Potrafiły niestety obciążyć włosy i skracały czas między myciami. Miałam wrażenie, że oblepiają skalp. Każda z nas zna to uczucie, gdy skóra głowy błaga o peeling.
Zdecydowanie nie był to udany zakup, ale brałam taką możliwość pod uwagę. Szampony są dedykowane włosom kręconym i suchym, więc przypuszczam że zrobiłam sobie krzywdę na własne życzenie. Ciekawa jestem jak poradziłyby sobie na włosach kręconych, ale obecnie wszystkie potencjalne testerki są zajęte. Nie wiem co zrobić z resztą szamponów, bo akurat pod względem wydajności są nie do pokonania.
Bardzo się zawiodłam na swoim zmyśle kosmetycznym. Skład jednak nie gwarantuje sukcesu, czasem trzeba posłuchać producenta :)
Hej, właśnie zaczęłam używać szamponu Alaffia wanilia z miętą i mam podobną opinię do Twojej. Wydaje mi się, że jest nawet mocniejszy od szamponów z SLS😣
OdpowiedzUsuń